 |
| źródło : internet |
Od pamiętnego dnia dwóch kresek
żyła w błogiej nieświadomości. Gdy poczuła pierwsze ruchy, zapisała datę w
dzienniczku ciąży, by nie zapomnieć. Brzuszek robił się większy, a istotka w
nim mieszkająca dokazywała coraz bardziej. „Mamo puk, puk, wypuść mnie stąd,
trochę mi ciasno” – zdawało się wołać maleństwo – „Już niedługo kochanie…
będziemy spędzać razem czas, jeździć na spacerki, czytać książeczki, przytulać
się na dobranoc, wytrzymaj jeszcze troszeczkę”. Ta brzuchatka to ja. Tyle, że
uwolniłam już mojego Ronaldo. Niewiele zostało z tych wizji, a zamiast tego prawdziwy
surwiwal, o którym to w żadnych podręcznikach do obsługi dziecka nie pisano.
Bo jak tu inaczej nazwać tę moją
szkołę przetrwania, z kilkumiesięcznym coach bobasem w roli głównej. Początek
przygody to był pikuś, choć też nie do końca. Wyobraźcie sobie ssaka, najlepiej
kangura, co to do matki przyssany i nie chce się rozstać. Tak było z moim
trenerem, nie tylko gdy w brzuchu burczało, ale gdy miał gorsze chwile, gdy
zasnąć nie mógł i gdy najzwyczajniej mu się w główce ubździło, że ma być cyc tu
i teraz. Na nic się zdała nadzieja, że choć od czasu do czasu chwyci za smoczek
i nim zaspokoi nieustanną potrzebę ssania. Ba, ssał nawet przez sen i lepiej gdy byłam w pobliżu jak się
obudził. Spacerki – kolejne zajęcia dla bardziej zaawansowanych poszukiwaczy
wrażeń. Bo leżeć nie pasowało, a regulamin wyraźnie zawierał punkt o obowiązkowym
wychodzeniu na zewnątrz, przynajmniej na chwilę.